Nie chcę pracować z człowiekiem na resztkach siebie. Co składa się na cenę i jakość sesji?
Dziś zobaczyłam na Instagramie post: „Psychoterapeuta za 300 zł vs psychoterapeuta za 150 zł. Który postępuje bardziej etycznie?”. Przeczytałam cały i nawet napisałam komentarz, co zdarza mi się naprawdę rzadko. Nie jestem osobą, która często wchodzi w dyskusje pod postami, ale ten temat jakoś mnie zatrzymał…
Napisałam, że jestem z tej grupy, która „ma sesję za 300 zł” i że dzięki temu mam energię i chęć spotkania z drugim człowiekiem. Nie walczę o przeżycie, nie próbuję upchnąć kolejnych osób, żeby „nadrobić” i spiąć budżet. Daję przestrzeń sobie i klientom. Moje sesje nie nakładają się na siebie, ludzie nie spotykają się na korytarzu, a pomiędzy spotkaniami mam przerwy.
Na końcu napisałam jedno zdanie, które (okazało się) zostało ze mną najmocniej: Pracuję tak, jak sama chciałabym, żeby pracowano ze mną.
Napisałam komentarz i poszłam dalej, tylko temat jakoś nie poszedł dalej… został ze mną i zaczął sobie “pracować”. Myślę, że właściwie wcale nie chodzi o to 300 zł, ani o udowadnianie, że droższy specjalista jest lepszy. Nie chcę też przekonywać nikogo, że istnieje jedna właściwa cena za sesję, bo nie istnieje. Chodzi mi o coś zupełnie innego: O to, w jakim stanie spotykam się z drugim człowiekiem.
Pracuję indywidualnie z klientami w procesach coachingowych, mentoringowych, rozwojowych, kryzysowych oraz biznesowych. Prowadzę sesje 60- i 90-minutowe, ale coraz mniej myślę o swojej pracy w kategoriach pojedynczych godzin. Myślę o niej jako o procesie, który zaczyna się wcześniej niż w momencie wejścia klienta do gabinetu i często trwa dłużej niż samo spotkanie.
Czy cena sesji mówi coś o jakości pracy specjalisty?
Droższy specjalista nie musi być lepszym specjalistą. Niższa cena nie oznacza gorszej jakości pracy. Można brać 300 zł i pracować na resztkach uwagi, można brać 150 zł i być niezwykle uważnym, odpowiedzialnym i zaangażowanym człowiekiem.
Sama cena nie mówi nam nic o jakości spotkania, o doświadczeniu, przygotowaniu, uważności ani o tym, czy człowiek siedzący po drugiej stronie naprawdę ma dla nas miejsce.
Nie chcę pisać o tym, ile powinna kosztować pomoc, interesuje mnie pytanie: Co musi wydarzyć się wokół tych 60 minut, żebym naprawdę mogła być z człowiekiem przez te 60 minut?
Coraz wyraźniej widzę, gdzie zaczyna się jakość mojej pracy. Wiem, że nie zaczyna się w momencie, w którym klient wchodzi do gabinetu… i nie kończy dokładnie wtedy, kiedy zamykają się za nim drzwi.
Jakość pracy zaczyna się jeszcze przed wejściem klienta do gabinetu
Po sesji 60-minutowej zostawiam sobie 15 minut przerwy, po spotkaniu 90-minutowym – 30 minut. I nie… nie zawsze siedzę wtedy w fotelu i patrzę przez okno, chociaż czasem może właśnie tego potrzebuję.
Czasem robię notkę. Czasem zapisuję jedno zdanie, które padło podczas spotkania i które wydaje mi się ważne. Czasem wracam do minutek z procesu, bo coś, co wydarzyło się właśnie teraz, nagle łączy mi się z tym, co klient powiedział kilka tygodni wcześniej (ci którzy ze mną pracują wiedzą jak dobrą mam pamięć).
Czasem robię zdjęcie temu, co powstało na podłodze, ścianie lub stole. Czasem zapisuję pomysł na kolejne spotkanie. Czasem już wiem, że będę chciała stworzyć dla tej osoby jakieś ćwiczenie, bo żadne z tych, które mam, nie pasuje dokładnie do miejsca, w którym ona teraz jest. A czasem po prostu idę do toalety, jem, piję, otwieram okno… przez chwilę z nikim nie rozmawiam.
To wszystko jest częścią mojej pracy.
Potrzebuję domknąć jedną historię, zanim otworzę drzwi kolejnej, z czasem zrozumiałam, jak bardzo jest to dla mnie ważne.
Moi klienci nie spotykają się na korytarzu.
Nie chcę, żeby jedna osoba wychodziła z gabinetu, kiedy druga już stoi pod drzwiami. Nie chcę też sama przechodzić z jednego świata w drugi bez żadnego przejścia. Bo czasem ktoś wychodzi po spotkaniu, które było lekkie, energetyczne, pełne pomysłów i działania… a czasem zostawia w gabinecie historię, przy której potrzebuję przez chwilę posiedzieć. Nie po to, żeby zabrać ją ze sobą… właśnie po to, żeby jej ze sobą nie zabierać.
Za co naprawdę płacisz podczas sesji?
Przygotowanie do sesji jest dla mnie częścią pracy z klientem, nawet jeśli sam klient tej części procesu nie widzi.
Kiedyś częściej myślałam o swojej pracy godzinami, dziś myślę o niej procesami. Dlatego zdanie: „moja sesja kosztuje 300 zł za godzinę” nie opowiada prawie niczego o tym, jak naprawdę pracuję. Nie płacisz wyłącznie za 60 czy 90 minut.
Płacisz za sposób, w jaki jestem z Tobą przez ten czas… ten sposób zaczyna się wcześniej.
Przed naszym spotkaniem wracam do Twojego procesu, do moich notatek i do tego, co wydarzyło się ostatnio. Czasem czytam zdanie, które powiedziałaś albo powiedziałeś na poprzednim spotkaniu, widzę, że „coś” zaczyna układać się w większą całość. Tworzę minutki. Wracam do procesów. Przygotowuję się. Projektuję ćwiczenia. Czasem buduję ćwiczenia dla Ciebie na Miro. Czasem wyciągam karty do pracy, czasem chowam wszystkie narzędzia, które wcześniej przygotowałam…
Przyglądam się gdzie człowiek jest w całym swoim procesie. Co zmieniło się od pierwszego spotkania? Co wraca? Co zaczyna się powtarzać? Co kiedyś było niemożliwe, a dziś pojawia się choćby na chwilę? Czasem jedno zdanie wypowiedziane podczas dzisiejszej sesji zaczyna mieć sens dopiero wtedy, kiedy połączę je z czymś, co wydarzyło się miesiąc wcześniej.
Po pierwszych spotkaniach zaczynam projektować proces. Nie jako sztywny plan, który trzeba zrealizować punkt po punkcie, ale kierunek. Patrzę, z czym człowiek przyszedł, dokąd chce dojść, co już ma, czego jeszcze potrzebuje i które obszary mogą wymagać więcej czasu. Potem do tego wracam i sprawdzam, czy nadal idziemy tam, gdzie klient chciał iść, czy może po drodze pojawiło się coś, czego na początku jeszcze nie mogliśmy zobaczyć. Projektuję ćwiczenia dla konkretnego człowieka. Mam własną, stale rosnącą bazę osobiście zaprojektowanych kart i ćwiczeń, czasem podczas analizy procesu widzę, że potrzebuję stworzyć coś nowego. Nie dlatego, że brakuje mi narzędzi, po prostu żadne z tych, które mam, nie odpowiada dokładnie na to, co dzieje się z tym konkretnym człowiekiem.
Tak powstają kolejne mapy, pytania, karty, ćwiczenia na podłodze czy tablice w Miro. Część z nich później trafia do mojej bazy i być może służy komuś jeszcze. Początek jest prosty: myślę o konkretnym człowieku i o tym, czego właśnie teraz potrzebuje – do tego potrzebny jest czas i przestrzeń w głowie.
Czasem oznacza to też, że kupuję nowe narzędzie specjalnie z myślą o konkretnym człowieku. Widzę, że potrzebujemy innego języka, innego obrazu albo innego sposobu wejścia w temat i zaczynam szukać. Kupuję karty, materiały, poznaję nowe narzędzia albo tworzę własne ćwiczenie. Nie dlatego, że chcę mieć ich więcej. Po prostu czasem człowiek, z którym pracuję, pokazuje mi, że potrzebuję znaleźć albo nauczyć się czegoś nowego.
Bo nie chcę dopasowywać człowieka do narzędzia. Chcę dopasować narzędzie do człowieka, a to oznacza zgodę na to, że czasem przygotuję się do spotkania, a potem człowiek wejdzie do gabinetu i po pierwszych pięciu minutach będę wiedziała, że dziś nie zrobimy niczego z tego, co zaplanowałam.
I bardzo dobrze.
Czasem najlepszym narzędziem okazuje się kartka i marker. Czasem podłoga. Czasem cisza. Czasem jedno pytanie, którego nie miałam zapisanego… Właśnie dlatego potrzebuję mieć w sobie miejsce nie tylko na realizację planu sesji, ale również na to, co pojawi się pomiędzy.
Podobnie jest w mojej pracy z firmami, choć tam proces wygląda jeszcze inaczej. Indywidualna sesja realizowana w ramach procesu firmowego kosztuje 350 zł, a samo spotkanie jest często tylko jedną częścią pracy, którą wykonuję. Wracam do celów procesu, pracuję z dokumentami i materiałami firmy, przygotowuję podsumowania, analizuję to, co dzieje się pomiędzy spotkaniami. Czasem potrzebny jest dodatkowy call. Czasem połączenie perspektywy kilku osób. Czasem zadbanie jednocześnie o człowieka, jego rolę, zespół i cel organizacji.
W procesach biznesowych szczególnie mocno widzę, że godzina w kalendarzu jest tylko najbardziej widoczną częścią pracy. Za nią często stoi analiza, przygotowanie, łączenie informacji i pilnowanie, żeby proces nie był serią ciekawych rozmów, ale rzeczywiście prowadził do ustalonego celu.
Zastanawiam się czasem, ile historii człowiek naprawdę może pomieścić...
Praca z drugim człowiekiem jest pracą emocjonalną, poznawczą i relacyjną. Nie mówię tego po to, żeby robić z niej coś „heroicznego”. Wybrałam ją. Lubię ją, ba… KOCHAM JĄ! Nadal po tylu latach, spotkanie z drugim człowiekiem naprawdę mnie ciekawi.
Ale każde spotkanie jest inne i każdy człowiek przynosi ze sobą cały świat. Imiona. Relacje. Rodziców. Partnerów. Dzieci. Historie z pracy. „Mocne” historie. Sposoby radzenia sobie. To, czego nie mówi nikomu. To, czego czasem jeszcze nie potrafi powiedzieć nawet sobie.
Oczywiście można przyjąć kolejnego klienta… i kolejnego… i jeszcze jednego… Można.
Tylko coraz częściej myślę, że pytanie nie brzmi już dla mnie: „Ile osób dam radę przyjąć?” Bardziej interesuje mnie: „Jak chcę być z ostatnim człowiekiem tego dnia?”
Czy nadal będę ciekawa?
Czy zauważę zmianę tonu głosu?
Czy usłyszę zdanie, które brzmi zwyczajnie, ale wcale zwyczajne nie jest?
Czy będę miała przestrzeń, żeby odejść od planu?
Czy nadal będę naprawdę z tym człowiekiem, czy będę już tylko profesjonalnie funkcjonować?
Bo można bardzo długo profesjonalnie funkcjonować. Można zadawać dobre pytania, znać narzędzia, prowadzić rozmowę i dowozić spotkanie. Tylko dla mnie to nie jest to samo, co naprawdę być.
Mam świadomość, że każde spotkanie oznacza kolejną historię, kolejne informacje, emocje i relacje do pomieszczenia – to jest realne obciążenie poznawcze i emocjonalne, nawet wtedy, kiedy kocha się swoją pracę.
Nie chcę już wspierać innych kosztem nadużywania siebie
To najbardziej osobista część tego tekstu – to nie jest wyłącznie artykuł o mojej pracy, jest też trochę o mojej własnej zmianie.
Przez wiele lat byłam bardzo dobra w dowożeniu, w braniu odpowiedzialności, w robieniu więcej, w znajdowaniu jeszcze kawałka miejsca, nawet kiedy wydawało się, że już go nie ma.
Długo uważałam to za swoją siłę… i nadal uważam, że nią jest 🙂
Tylko dziś widzę również, że każda siła używana bez granic może w pewnym momencie zacząć działać przeciwko nam.
Można pomagać innym i jednocześnie nadużywać siebie. Można być odpowiedzialnym i brać odpowiedzialność za dużo. Można kochać swoją pracę i wykonywać ją w taki sposób, że powoli traci się możliwość jej kochania.
Nie chcę wspierać innych kosztem siebie, i jest w tym niewygodna uczciwość. Bo trudno mi mówić ludziom o granicach, jeśli sama buduję swoją pracę na ich przekraczaniu. Trudno wspierać innych w odzyskaniu kontaktu ze sobą, kiedy samemu ten kontakt się traci. Trudno mówić o odpoczynku jako kompetencji, jeśli własny odpoczynek traktuje się jak stratę czasu.
Nie chcę tak żyć… nie chcę tak pracować.
Coraz mocniej widzę też, że jeśli chcę pracować z drugim człowiekiem przez kolejne lata, potrzebuję zostawić w swoim życiu miejsce nie tylko na pracę. Potrzebuję własnej przestrzeni na odbijanie myśli, superwizji, nauki, rozwoju, odpoczynku i zwyczajnego życia, w którym nie jestem cały czas dla kogoś.
Potrzebuję mieć miejsce, w którym sama jestem klientką, osobą uczącą się, odpoczywającą i po prostu przeżywającą swoje życie…
Pracuję tak, jak sama chciałabym, żeby pracowano ze mną
Pracuję tak, jak sama chciałabym, żeby pracowano ze mną, gdybym sama przyszła do kogoś z czymś dla mnie ważnym, chciałabym mieć poczucie, że ten człowiek ma dla mnie miejsce.
Nie oczekiwałabym, że jestem jedyną osobą, z którą dziś pracuje (to byłoby absurdalne), ale chciałabym czuć, że kiedy już siedzę naprzeciwko niego, nie jestem kolejną historią do “obsłużenia”. Chciałabym spotkać człowieka, który ma zasoby, żeby myśleć, czuć i być ciekawym i zaciekawionym. Który czasem mnie skonfrontuje, czasem zada pytanie, a czasem będzie potrafił nic nie mówić. Kogoś, kto nie musi kurczowo trzymać się przygotowanego planu, bo ma jeszcze w sobie przestrzeń na coś nieprzewidzianego.
Pracuję nie zawsze idealnie, ale bardzo świadomie!
Dla mnie dbanie o siebie jest częścią odpowiedzialności za drugiego człowieka
Kiedyś mogłam myśleć, że przerwa pomiędzy sesjami jest dla mnie – dziś myślę, że jest również dla człowieka, który za chwilę wejdzie do mojego gabinetu.
Mój odpoczynek jest dla mnie. Moje granice są moje. Moje zasoby też należą do mnie… ich brak nie pozostaje bez wpływu na ludzi, z którymi pracuję. Dlatego widzę jak dbanie o siebie i dbanie o jakość pracy łączą się ze sobą.
Nie wiem, czy 300 zł to dużo, czy mało. Dla jednej osoby będzie to bardzo dużo, dla innej warte zainwestowania w siebie. Nie wiem też, jaka cena jest „właściwa”, bo nie sądzę, żeby istniała jedna odpowiedź.
Ważne – zawsze mam w swoim kalendarzu jedno miejsce na indywidualny proces w cenie 200 zł za spotkanie. Dla osoby, która wie, że chce pracować, jest gotowa wejść w proces, ale na dziś ma realne ograniczenia finansowe. Nie robię osobnego naboru… nie tworzę z tego programu. Po prostu to miejsce jest! Jeśli jesteś w takiej sytuacji napisz do mnie. Czasem będzie zajęte, czasem trzeba będzie poczekać, dla mnie ważne, że zapytasz.
Są też osoby, które mogą pozwolić sobie na proces, ale po prostu muszą pilnować swojego budżetu. To też jest dla mnie ważna informacja, wtedy czasem planujemy spotkania co dwa albo trzy tygodnie, a pomiędzy sesjami proponuję pracę własną, zadanie albo ćwiczenie, które pozwala dalej być w procesie.
Nie uważam, że dobra praca zawsze musi oznaczać spotkanie co tydzień przez kolejne miesiące. Częstotliwość też dopasowuję do człowieka, momentu, w którym jest, celu i jego realnych możliwości.
Bardzo zależy mi na tym, żeby ludzie rośli. Chyba coraz mocniej widzę, że to jest jedna z najważniejszych części mojej zawodowej misji. Ale nie chcę, żeby wzrost odbywał się poprzez przekraczanie siebie. Ani moje, ani człowieka, z którym pracuję.
Proces ma wspierać zmianę, nie powinien stawać się kolejnym źródłem presji!
Choć ten tekst jest o ekonomii mojej pracy, nie zapominam, że po „drugiej stronie ceny” zawsze jest człowiek i jego realne możliwości. Wiem za co chcę brać odpowiedzialność: za to, żeby kiedy siadasz naprzeciwko mnie, nie spotykała Cię resztka mojej uwagi, energii i ciekawości.
Cena sesji to tylko jedna z informacji…
Myślę, że wybierając osobę do współpracy, warto patrzeć nie tylko na cenę i długość spotkania. Dla mnie równie ważne byłoby to, jak ten człowiek pracuje, jak myśli o procesie, czy przygotowuje się do spotkań, czy ma jeden schemat, do którego dopasowuje wszystkich, czy potrafi reagować na to, co naprawdę dzieje się z człowiekiem.
Cena jest jedną z informacji. Nie jest jednak odpowiedzią na pytanie o jakość procesu po który zgłaszasz się ze swoją historią.
Dla mnie jakość zaczyna się dużo wcześniej niż w chwili, kiedy otwieram drzwi gabinetu… i właśnie dlatego nie chcę pracować z człowiekiem na „resztkach siebie i swojej energii”.
Kalendarz spotkań
Formularz kontaktowy
Instagram: Horyzonty.Rozwoju
mail: jk@joannakozlowska.com